Magazyn Zmiany, lipiec/08
Gdy inni marzą o wakacjach all-inclusive, on z kolegą postanowił przejechać maluchem pół Europy, spać na dziko w namiocie i kąpać się w rzekach. A wszystko w słusznej sprawie – chodziło o pomoc dzieciom z domów dziecka. Kacper Jurczyk, pracownik JSW Koks, w lipcu wziął udział w 19. edycji Złombolu, czyli największym europejskim rajdzie charytatywnym. – Przyjechaliśmy około 3 tys. km przez Słowację, Węgry, Rumunię aż do Turcji. Dzień i noc, z dostojną prędkością około 70-80 km/h. To była piękna przygoda – przyznaje bohater cyklu „Szósta zmiana”.
Kacper ma wielką słabość do starych samochodów, lubi przesiadywać ze znajomymi w garażu i „grzebać” w autach. Dlatego gdy kolega Łukasz zaproponował mu udział w Złombolu, nie wahał się ani chwili.
Idea
Nazwa rajdu nie jest oczywiście przypadkowa; trasę można przejechać tylko w starym pojeździe „komunistycznej koncepcji lub produkcji” (wyciąg z regulaminu). Na starcie meldują się zatem żuki, nysy, polonezy, trabanty i inne okazy, który zjeżdżały kilkadziesiąt lat temu z taśm produkcyjnych w Europie Środkowo-Wschodniej.
– Widzisz je i myślisz: nie ma szans, że dojadą tam, gdzie mają dojechać. Ale dojeżdżają za każdym razem, bo ludzie, którzy są w środku są tak kreatywni, że potrafią z użyciem taśmy, trytek i kleju na gorąco, naprawiać usterki w trakcie jazdy i ostatecznie dotoczyć się do mety – mówi Kacper.
Idea jest szczytna – wszystkie zebrane środki trafiają na rzecz potrzebujących. Aby wziąć udział w rajdzie trzeba zebrać minimum 2800 zł na domy dziecka. Kacper z Łukaszem zebrali ponad 4 tys.
Przygotowania
W drogę ruszyli królem szos z PRL-u, czyli kultowym Fiatem 126 p. – Ale najpierw, bardzo intensywnie, przez trzy miesiące, naprawialiśmy w nim wszystko, co mogliśmy. Zdemontowaliśmy silnik i skrzynię biegów i je uszczelniliśmy, by nie było wycieków oleju. Wymieniliśmy też legendarne zabieraki oraz przeguby, które zawsze siadają. To typowa usterka tego samochodu – opisuje Kacper.
Lista rzeczy do poprawek była znacznie dłuższa – resor przeszedł gruntowy lifting u specjalisty spod Krakowa, maluch zyskał też nowe opony i hamulce. Pięknie wypolerowany i z felgami pomalowanymi na biało, był już gotowy do drogi. Karoserię ozdobiły naklejki darczyńców – jeżeli dobrze wytężycie wzrok zobaczycie charakterystyczne kółko i strzałki z logo OZZZPRC. Organizacja związkowa Kacpra była jednym z donatorów.

Komu w drogę, temu zwrotnica
Jeszcze przed startem, w Chorzowie, Kacper wypatrywał jakiejś bratniej duszy w innym czerwonym maluchu – by połączyć siły i jechać przez Stary Kontynent razem. Dusze znalazły się dwie – Krystian i jego dziewczyna. O mechanice nie mieli zielonego pojęcia, byli za to świetnie przygotowani…teoretycznie.
– Krystian miał kilkanaście książek o maluchu i dużo części zapasowych, w tym…trzy bagnety do oleju. Oni bez nas prawdopodobnie by nie dojechali, ale i my bez nich też nie. To była drużyna – podkreśla Kacper.
Pierwszej próbie ta świeżo zawiązana, złombolowa przyjaźń została poddana jeszcze w Polsce. – Nawet na dobre się nie rozkręciliśmy, a już trzeba wymienić Krystianowi zwrotnicę z przodu. Miał straszne luzy, gdy hamował, to trzepało kołem. Naprawiliśmy – relacjonuje nasz bohater.
Słowację minęli bez przygód, za to za Węgrzech w maluchu Łukasza pękła obejma wydechu. Potem siadł cały wydech. – Na dworze upał, 36 stopni, my z zepsutym autem na środku drogi. Spotkaliśmy fantastyczną rodzinę, dali nam piwo i zimne napoje. Po prowizorycznej naprawie odjechaliśmy kawałek w las, żeby poczekać na kolegów z Mazur, którzy także jechali w rajdzie i mieli spawarkę. Gdy już wszystko naprawiliśmy pojawił się Węgier z pobliskiej stadniny i mówi, trochę na migi, że on też ma taki sprzęt i że mogliśmy przyjść do niego – śmieje się Kacper.
Pojechali dla zabawy, przywieźli pomoc
Po kolejnych kilkudziesięciu godzinach (i pokazaniu rozbawionemu celnikowi na tureckiej granicy, gdzie w kultowym fiacie jest silnik), dwa czerwone maluchy zameldowały się na mecie w Giresun, nad Morzem Czarnym, gdzie przez dwa dni trwała impreza.
Później zostało już „tylko” wrócić do Polski. Udało się! Cała podróż trwała 13 dni.
Ale rajd to nie tylko przygoda i dobra zabawa – to także ogromna, realna pomoc dla potrzebujących. Stare auta jadące w Złombolu i ich pasażerowie to ekipy marzeń. Te pierwsze mają dusze. Ci drudzy – ogromne serca.


