Magazyn Zmiany, grudzień/2
Mijający rok podsumowuje przewodnicząca Sekcji Hutnictwa Anastazja Karwat.
Sytuacja w hutnictwie i przemyśle ciężkim jest zła z wielu powodów. Odnoszę wrażenie, że nie szybko przekażę optymistyczne dla tej branży informacje. Istnieją fundamentalne problemy, które dotkliwie biją w polskie hutnictwo, wpływając tym samym na brak jego rentowności. Nasz kraj zalewa tania stal z zagranicy. Nie jesteśmy w stanie konkurować z tanim importem stali i koksu, napływającym do Polski bez ceł i obciążeń środowiskowych. Gros problemów wynika z prowadzonej przez Komisję Europejską polityki, która zezwoliła na nielimitowane wprowadzenie do Europy ukraińskiej stali, nieobarczonej żadnymi ograniczeniami – czy to parapodatkowymi, czy gatunkowymi, czy ilościowymi. Wzrost liczby wyrobów, które docierają do nas z Ukrainy (a tak de facto z całego świata, m.in. z Rosji), jest kilkukrotny. Na 3 miliony ton stali, które pojawiły się w ubiegłym roku na rynku europejskim, milion został w naszym kraju.
Kolejną bolączką hut są wysokie ceny energii elektrycznej. UE nie ma jednolitej stawki energii dla wszystkich krajów, a Polska ma jedną z najwyższych cen energii. Dla porównania w Niemczech tamtejszy rząd wprowadził np. maksymalną cenę za energię na poziomie 50 euro za megawatogodzinę. W Polsce mówi się o podwyższeniu m.in. opłaty jakościowej, a od dawna strona pracodawców i pracowników domaga się całkowitego zniesienia tej opłaty, tak by przetrwać. System handlu uprawnieniami do emisji CO₂ (ETS) powoduje, że każda tona wyprodukowanej stali obarczona jest dopłatami za emisję. Europejskie huty – w tym polskie – płacą za emisje, których nie muszą ponosić producenci z Indii, Chin czy Turcji.
Niemal równie dużym problemem jest wypływ złomu za granicę. Europa obok Stanów Zjednoczonych jest dzisiaj jednym z dwóch kontynentów wytwarzających złom. Złomu jest ogrom, ale w równie gigantycznych ilościach wypływa on poza Europę, np. do Azji czy Afryki. Złom to podstawowy materiał wsadowy, zwłaszcza do pieców elektrycznych, i stanowi blisko połowę kosztów produkcji stali. Wypływ złomu z kraju warunkuje cenę zarówno samego złomu, jak i produktu finalnego. Ochrona tego rynku jest absolutnie konieczna.
W ostatnim roku hutnictwo zredukowało zatrudnienie o 1200 miejsc pracy. Są to miejsca pracy, których nie da się już odtworzyć, zakłady zamykają się bezpowrotnie. Według wyliczeń ekspertów, przy braku działań, do 2030 r. z polskiego hutnictwa może zniknąć nawet 30 proc. miejsc pracy.
W 2024 roku w hutnictwie w Polsce pracowało około 21 tysięcy osób. Jest to sektor, który pośrednio tworzy znacznie więcej miejsc pracy – każda kolejna likwidacja hutniczego zakładu ciągnie za sobą około 8 dodatkowych, zależnych miejsc pracy.
Z tych właśnie powodów strona społeczna branży stalowej od lat apeluje do rządzących o zauważenie istoty tego problemu, a przede wszystkim podjęcie działań pomocowych. Co mogę powiedzieć? Jeździmy, spotykamy się, nawet premiera udało się zaprosić na obrady Zespołu Trójstronnego; rok temu powołano zespół ds. opracowania strategii zrównoważonego rozwoju przemysłu stalowego w Polsce przy obecnie brzmiącym w nazwie Ministerstwie Energii i niestety do dziś nie ma globalnych rozwiązań. Te muszą dotyczyć areny zarówno krajowej, jak i europejskiej, bo tam wydarzyć musi się najwięcej. Ale tak, jedno powiem na „tak”: będziemy walczyć, bo jakoś dziwnie trudno wyobrazić sobie, że da się bez stali budować, wytwarzać czy też obronić się przed napaścią wojennego wroga.
Sekcja Hutnictwa OZZZPRC w roku 2025 aktywnie uczestniczyła w działaniach mających na celu zwrócenie uwagi na przedstawioną problematykę, z głośnymi manifestacjami włącznie. Jestem przekonana, że rok 2026 będzie pełen pracy.


