Magazyn Zmiany, kwiecień/07
O skróconym czasie pracy mówiło się od wielu miesięcy, wreszcie poznaliśmy pierwsze szczegóły. 28 kwietnia w czasie konferencji prasowej ogłosiła je ministra Agnieszka Dziemianowicz-Bąk. Jak przekonuje, inicjatywa ma na celu poprawę jakości życia pracowników i zwiększenie efektywności pracy. Pomysł budzi jednak poważne wątpliwości – zarówno wśród ekonomistów, jak i pracodawców.
„Jesteśmy jednym z najbardziej zapracowanych narodów w Europie, jednak nie zawsze w parze z liczbą spędzonych w pracy godzin idzie efektywność” – tłumaczy ministra, zapowiadając testowanie różnych modeli: sześciogodzinnego dnia pracy oraz czterodniowego tygodnia, wszystko przy zachowaniu pełnego wynagrodzenia i bez redukcji etatów. Entuzjazm resortu pracy nie jest jednak powszechny.
Krytycy projektu zwracają uwagę na jego potencjalne skutki dla gospodarki. Skrócenie czasu pracy bez obniżenia pensji oznacza w praktyce wzrost kosztów zatrudnienia. – W wielu firmach to po prostu nie będzie możliwe – komentuje anonimowo jeden z przedstawicieli sektora MŚP. – Jeśli mam płacić tyle samo za mniej pracy, to albo muszę zatrudnić więcej ludzi, których nie ma, albo ograniczyć działalność.
Problemów może być więcej. Eksperci zwracają uwagę, że takie rozwiązania trudno wdrożyć w zawodach wymagających fizycznej obecności – np. w ochronie zdrowia, logistyce czy usługach publicznych. W tych branżach każde skrócenie grafiku oznacza konieczność zapełnienia luk – a to generuje koszty, których nikt nie zamierza rekompensować.
Ministra Dziemianowicz-Bąk przekonuje jednak, że chodzi o coś więcej niż ekonomię. „Brakuje nam czasu na odpoczynek, czasu dla bliskich i dla nas samych” – mówi, stawiając na pierwszym planie dobrostan pracowników. Sęk w tym, że dobrostan ten może zostać osiągnięty… kosztem ich stabilności zatrudnienia.
Eksperci rynku pracy nie wykluczają też efektu bumerangu – jeśli obowiązki nie znikną, a czas na ich wykonanie się skróci, pracownicy mogą być narażeni na większą presję i stres. Efektywność, zamiast wzrosnąć, spadnie – a frustracja wzrośnie.
Pytań jest zatem wiele – odpowiedzi – na razie mało. Pilotaż ma potrwać rok – po nim będzie można formułować bardziej realistyczne oczekiwania i wnioski.


